W zeszłym tygodniu w Damaszku na serii spotkań zebrał się pełen zestaw przywódców tak zwanego "bloku oporu." Byli tam prezydenci Ahmadinejad z Iranu i Assad z Syrii, obok rozpromienionego Khaleda Meshala z Hamasu i sekretarza generalnego Hezbollahu, Hassana Nasrallaha. Stawkę dopełnili mniej znaczący liderzy, w tym Ahmed Jibril z PFLP-GC, wapniak ze starej zbieraniny świeckich palestyńskich grup oporu. Panował nastrój, powielony parę dni później w Teheranie, triumfalnego nieposłuszeństwa.
Powody leżące u podstaw członkostwa Syrii w "bloku oporu" nadal są zawzięcie debatowane w zachodnich dyskusjach politycznych. Od dawna już pogląd wpływowego elementu w Waszyngtonie - znajdującego silne echo u wielu w izraelskim establishmencie obronnym - głosi, że Syria stanowi "najsłabsze ogniwo" w tym bloku pod przewodnictwem Iranu.
Wyznawcy tego poglądu uważają syryjski reżim za zainteresowany wyłącznie władzą i jej utrzymaniem. Mówią, że biorąc pod uwagę, iż więzi Syrii z blokiem są raczej pragmatyczne niż ideologiczne, sztuczką polityczną do wykonania jest znalezienie właściwego bodźca, który skłoni Damaszek do przekalkulowania kosztów i korzyści jego stanowiska.
Gdy już odpowiedni bodziec przechyli szalę, przyjmuje się, że reżim w Damaszku spokojnie uwolni się od towarzystwa pieniących się ideologów, których pokazywano w zeszłym tygodniu w Damaszku i Teheranie, i zajmie miejsce przy rywalizującym stole - albo przynajmniej stanie w punkcie jednakowo odległym od nich obu.
Konkretny bodziec wymagany do wykonania tej sztuczki zależy od tego, kogo spytamy. W Izraelu generalnie przyjmuje się, że odzyskanie Wzgórz Golan jest tą wielką zdobyczą. Zgodnie z tym poglądem syryjskie poparcie dla Hezbollahu i dla palestyńskich ugrupowań terrorystycznych zmierza do podtrzymania presji na Izrael w celu zmuszenia go do odstąpienia Golan. W Waszyngtonie można usłyszeć dyskusje nad szeregiem innych bodźców - zniesieniem Syria Accountability Act, amerykańską pomocą i inwestycjami itd.
Logika wszystkich tych stanowisk zależy od podstawowej charakterystyki reżimu Assada jako w gruncie rzeczy motywowanego wyłącznie makiawelskim interesem dążenia do władzy. Ta charakterystyka pozostaje przyjętym poglądem w izraelskich i amerykańskich kołach politycznych w dużo większym zakresie niż upoważniają do tego dowody.
Zaloty Zachodu do Syrii niezaprzeczalnie przyniosły ogromnie mało jeśli chodzi o zmianę zachowania reżimu. W ostatnich tygodniach administracja Obamy zwiększyła nagłośnienie swoich dotąd ostrożnych zabiegów wobec Damaszku. Podsekretarz stanu William Burns odwiedził Damaszek i próbował podnieść kwestię syryjskiego poparcia dla rebeliantów w Iraku oraz Hezbollahu i palestyńskich ugrupowań terrorystycznych. Assad, według doniesień, zaprzeczył jakiejkolwiek wiedzy o takim poparciu. Po ostatnio ogłoszonej decyzji USA o powrocie ambasadora do Damaszku nastąpił ów zlot bloku oporu w Damaszku - na którym Assad otwarcie wyśmiał amerykańskie nadzieje na syryjskie "zdystansowanie się" od Iranu.
Ogłoszono teraz, że sekretarz stanu Hillary Clinton rozważa złożenie wizyty w Damaszku. Tymczasem Syria ochoczo przebija się przez "czerwone linie" co do swojego poparcia militarnego dla Hezbollahu. Pogłoski mówią, że nowoczesny sprzęt przeciwlotniczy, taki jak produkowany przez Rosję system Igła ma być dostarczony tym szyickim islamistom w ślad za zaawansowanymi rakietami ziemia-ziemia i systemami przeciwczołgowymi.
Co kieruje nas z powrotem do centralnego pytania o syryjską motywację. Niewątpliwie Syryjczycy mają nawyk połykania bodźców i nie dawania niczego w zamian. Ale jeśli przymierze z Iranem jest czysto pragmatyczne, to dlaczego takie trudne okazuje się zaoferowanie Syrii właściwej marchewki by odciągnąć ją od Teheranu?
Są dwie możliwe odpowiedzi. Pierwszą i najbardziej oczywistą jest taka, że Syria kalkuluje, zapewne słusznie, że skoro nie będzie na nią nałożona żadna realna cena za brak zmiany zachowania, to może pozwolić sobie na utrzymanie obecnego poziomu stosunków z Iranem, zarazem radośnie akceptując wszelkie gesty z Zachodu i Izraela mające nakłonić ją do ich zmiany.
Ale tłumaczenie to nie wyjaśnia bezczelności i żarliwości obecnej postawy nieposłuszeństwa Syrii. Oświadczenia osób bliskich syryjskiemu reżimowi w ostatnich miesiącach sugerują, że za obecną syryjską postawą kryje się coś więcej niż li tylko wygrywanie różnic między wszystkimi stronami. Syryjczycy wierzą raczej, że na Bliskim Wschodzie zachodzi głęboka restrukturyzacja równowagi sił - na korzyść bloku pod przewodnictwem Iranu.
Ta restrukturyzacja jest możliwa ze względu na domniemane długoterminowe osłabienie USA w regionie. Pozwala to agresywnemu, islamistycznemu reżimowi w Teheranie na wypełnienie próżni. Czyni też realnymi opcje polityczne - takie jak bezpośrednia konfrontacja z Izraelem - które w latach 90-tych wydawały się zniknąć na zawsze.
Charakterystyka młodego syryjskiego prezydenta i jego reżimu jako w gruncie rzeczy zimnokrwistego i pragmatycznego jest niewłaściwa. Reżim w Damaszku zawsze trzymał się mocno antyizraelskiego i antyamerykańskiego poglądu na sprawy regionu. W latach 90-tych realia wydawały się wymagać praktycznego odłożenia tego poglądu. Ale lata 90-te były więcej niż jakiś czas temu.
Reżimy takie jak Assadów (i nawet na wpół groteskowe postacie takie jak stary Jibril i jego PFLP-GC) nie są anomaliami w sojuszu opartym na irańskiej ambicji i regionalnym ferworze islamistycznym. Są raczej naturalnymi partnerami, dzielącymi podstawowe założenia co do regionu, wspólnych wrogów i wspólne, brutalne podejście do obrony swoich interesów. To z tego kluczowego powodu próby odciągnięcia Baszara Assada od jego naturalnego środowiska będą dalej okazywały się nadaremnymi.
Dr. Jonathan Spyer to senior research fellow w Global Research in International Affairs (GLORIA) Center w Herzliyi w Izraelu.
Copyright Gloria Center.
Oryginalna wersja artykułu znajduje się pod adresem:
http://www.gloria-center.org/gloria/2010/03/what-does-assad